Scheveningen, część pierwsza

Scheveningen to podobno nazwa, po usłyszeniu której można rozpoznać najprawdziwszego Holendra, bo nikt inny nie potrafi tego idealnie wypowiedzieć, choćby nie wiem jak się starał. Ja nawet nie próbuję, bo i tak skończy się to porażką.
W przewodniku wszystko wyglądało pięknie: szeroka plaża i górujące nad nią, przepiękne uzdrowisko. Nawet koleżanka siostry osobiście polecała. Stwierdziłam, że warto pojechać, zjeść rybkę, posiedzieć na piasku, a na koniec spędzić chwilę w Hadze, żeby sprawdzić jakie nowe cuda architektury wybudowali.
Jak to się mawia: bad choice. Nie wiem czy poprzez zdjęcia oddam ‘duszę’ tego miejsca, ale gdybym miała to opisać w kilku słowach, brzmiałoby to następująco: budy z żarciem, szpetne budy z niewiadomoczym, plaża zastawiona drewniano-szklanymi restauracjami, wykopy, tłum ludzi, atakujące mewy, straszny hałas i mnóstwo zasłyszanych polskich przekleństw. Chociaż rybę zjadłam. Oczywiście mrożoną, bo ciężko nad morzem o świeży połów.

Całkiem znośne ujęcie słynnego uzdrowiska, ale żeby nie było, że przesadzam, poniżej inne ujęcie…
…i tu, proszę Państwa, wygląda to jak na straganie.
 Sępy czaiły się tylko na okazję!
 Baaaaaaardzo długa promenada z milionem atrakcji turystycznych.
 Na plaży fragment prawdziwego Bora Bora.
 Palmy też prawdziwe, w doniczkach rzecz jasna.
 Trzcinowe parasole, żeby poczuć się jak na egzotycznej wyspie.
 Tu rybki obgryzają chętnym skórki, czyli rybie pedicure.

 Nadmorska rezydencja prosto ze słonecznej Californi.
 Plażowe centrum informacji turystycznej.
Niby verboden, a z tego co zauważyłam to psów na holenderskich plażach jest zazwyczaj więcej niż ludzi. 
Gdyby ktoś nie zauważył jest to moje jedyne zdjęcie z Scheveningen :-)

 Kolejne przyplażowe, przecudnej urody budynki.

 Brzydkie widoki mnie zmęczyły, więc wolałam usiąść i w końcu coś zjeść.
   Niestety dzieci postanowiły zamęczyć mnie rzucaniem w kierunku mojego talerza.
 Przyłapani na drobnym handelku.
 Nadmorski obiad z zamrażarki i nadmorskie piwo z cytryną.