A dokładnie godzin dzięwiętnaście. Przystanek na mojej standardowej trasie Stambuł-Polska-Stambuł. Wiem, że trochę nie po drodze, ale za to względnie tanio i mogę wpaść na chwilę do siostry. Tym razem było inaczej, bo przyjechałam z mamą. Również z mamą poleciałam do Stambułu, żeby pokazać jej kolejny kawałek świata.
Było trochę krzyku i strachu, ale udało nam się nakarmić mamę sushi. Panika po zjedzeniu trwała całe dwa dni, później natomiast przekształciła się w panikę przed jedzeniem muszli z ulicy i surowego mięsa w Stambule.
Nie poszłyśmy daleko, bo do restauracji za zakrętem. Friedrichshain pod tym względem rządzi, bo na każdym kroku można trafic na świetny lokal.
Tęsknię za jazdą rowerem po mieście! Na stambulskich ulicach widziałam może trzech rowerzystów-samobójców. Są za to motory i skutery, oczywiście jeżdżące pod prąd.
A tymczasem w restauracji… Słodko-kwaśna zupa z mięsem kraba dla siostry.
Chipsy krabowe dla mnie.
Ostra zupa z trawą cytrynową i kurczakiem również dla mnie.
Wielka miska zupy 'pho bo’ dla mamy.
I porcja sushi dla siostry.
Obok wejścia do mieszkania siostry można obkupić się w różne rzeczy. Od autorskich ciuchów, przez winyle i meble z lat 60-tych.

Siostra i jej chłopak są kolekcjonerami. Kupują winyle, oglądają specyficzne filmy i słuchają italo disco.
W Berlinie podano śniadanie. Obiad zjadłyśmy gdzieś nad Rumunią, a na kolację dotarłyśmy do stambulskiego Bakirkoyu.









