Wakacji w Budapeszcie dzień drugi i zarazem ostatni. Plan dnia był bardzo napięty, ale późne powroty i zwiedzanie nie idą w parze, więc zrezygnowałyśmy z realizacji po godzinie. Ta godzina była jedną z najgorętszych w całym moim życiu. Topił się asfalt i my, a woda mineralna w butelce osiągnęła tempretaurę, która po wypiciu tylko pogarszała nasz stan. Nie wytrzymałyśmy i na resztę dnia przeniosłyśmy się do Term Gellerta, gdzie rozchichotane biegałyśmy między chłopakami, wskakiwałyśmy na przemian do wody o temperaturze 40 st. C i 0 st. C, siedziałyśmy w zdrowotnych saunach, a na koniec bawiłyśmy się w basenie z falami, gdzie woda zdzierała z nas stroje kąpielowe.
Zuzka i jej turecki chłopak, który przyjechał za nią ze Stambułu wynajęli mieszkanie w niebezpiecznej dzielnicy. Tego im nie zazdroszczę, ale wyglądu budynku i klatki schodowej już tak.
Niedaleko ich mieszkania stoją, niektóre dodatkowo straszą (przynajmniej mnie!) wielkie gmachy.
Minęłyśmy wielki park, na którego obrzeżach stoją dwa pomniki. Znaczenia pierwszego nie poznałam, ale sądząc po konstrukcji może mieć jakiś związek z Żydami.
Drugi powstał na pamiątkę wejścia Węgier do Unii Europejskiej. Niby klepsydra, niby miało się obracać, bo jest piasek, jest i cały mechanizm, ale coś się nie powiodło, więc teraz tak toi.
Później szybkim marszem dotarłyśmy do Placu Bohaterów.
Tam spotkałyśmy Archanioła Gabriela w towarzystwie królów, książąt, świętych i innych wazych postaci.
Zwiedzanie zakończyłyśmy wejściem na teren Zamku Vajdahunyad.


















