Po zejściu ze Wzgórza Zamkowego i kilometrach błądzenia uliczkami pojawił się najlepszy pomysł wyjazdu: wejście na Cytadelę. Co prawda podczas wchodzenia nie było jeszcze do końca ciemno, ale już samo zejście okazało się niezapomnianą przygodą, przez którą o mały włos nie skończyłam z zawałem serca (i mokrymi spodniami przede wszystkim!). Atmosfera horroru i napięcia utrzymała się już do końca mojego wyjazdu, ale głupim żartom z całej tej sytuacji też nie było końca. Dłuuuugo będziemy to wspominać.
Góra Gellerta
Most Wolności, czyli Szabadság híd.

Podobno jedno z ulubionych miejsc imprezowych węgierskiej młodzieży. Niestety nie zdążyłam się z nim bliżej zapoznać.
Statua Wolności na Górze Gellerta.
Po nocnym zejściu z Góry Gellerta i scenach, których byłyśmy świadkami wpadłyśmy na chwilę do fajnej knajpy, która ulokowana była w starym basenie. W ciągu dnia można siedzieć na krzesełkach w wodzie, można też siedzieć pod prysznicem i jednocześnie sączyć drinki, albo jeszcze lepiej – fröccs. Wieczorem było już sucho, więc nie wiem czy można zaznać takich przyjemności o tej porze. Wszędzie zachowane oryginalne kafelki, bardzo pozytywne miejsce.
Później z Budy przejechałyśmy do Pesztu. Towarzystwo rozmnożyło się do trzech sztuk- dołączyła do nas Brigitta. Dziewczyny pokazały mi trochę fajnych miejsc, kazały pić piwo na ulicy i do rana krążyłyśmy razem między klubami a zabytkami.
Synagoga
W końcu długo wyczekiwana Szimpla, czyli knajpa w ruinach starego domu. Już po opowieściach Zuzy wiedziałam, że to będzie moje ulubione miejsce. I tak też się stało. Twórczy nieład, ostrzejsza muzyka i zostałam całkowicie kupiona.

Z Szimpli poniosło nas jeszcze raz do dzielnicy żydowskiej.
Letnich lokali powinno byc zdecydowanie więcej! Latem nie lubię siedzieć w czterech ścianach, chętnie skorzystałabym z baru na sztucznej plaży gdzieś po środku miasta.
Mój pierwszy raz z kukurydzą w centrum miasta. Ale to tylko potwierdza moją opinię, jaki ten Budapeszt fajny!




















