Wjazd do Budapesztu od strony lotniska nie zapowiada niczego dobrego. Jest trochę jak obrzeża Berlina, trochę jak węgierskie miasteczka przy granicy z Austrią, ale raczej nie spodziewasz się, że jest tu tyle atrakcyjnych miejsc, bo jest bardzo szaro, niezbyt czysto, gdzieniegdzie przejeżdżają bardzo stare modele tramwajów. Myślałam sobie: „Matko i córko, przecież na zdjęciach Budapeszt wyglądał ładnie?!” I faktycznie wyglądał, ale o tym przekonałam się trochę później.
Z głównej części zamku przeszłyśmy w kierunku Baszty Rybackiej. I tu niespodzianka, bo pomiędzy zamkiem a basztą nagle przenosimy się na rynek starego polskiego miasteczka. Ładne kamienice i bruk tak mi się skojarzyły.
Kościół Świętego Macieja. Tradycyjnie już moją ulubioną częścią jest dach ze wzorkami.
Zuza znana jest z miłości do wody. Ta była wyjątkowo pyszna i zdrowotna, a chloru zawierała więcej niż „kranówa”.
Po zejściu ze wzgórza przeszłyśmy się jeszcze uliczkami, bo patrząc na wszystko z góry wiedziałam, że jest tu niezła architektura.























