Wyprawa nad Morze Czarne zakończyła się totalną porażką. Nikt nie wstał na czas, nikogo nie skusiły opowieści o tajemniczej plaży i skokach do wody z klifu. Upalny dzień byłby całkowicie stracony gdyby nie Saner i jego propozycja. Zebrałyśmy się w rekordowym tempie, po drodze zrobiłyśmy zakupy na piknik, zgarnęłyśmy Nasera i stawiłyśmy się w porcie Kabataş. Po godzinie rejsu promem dotarliśmy do pierwszej wyspy- Kınalıady.
Tak się bawią tureckie dzieciaki!
Na plażowe śniadanie przywiozłyśmy serki, pity, pomidory i cały worek owoców.
Gospodarz Saner.
Jedna z rezydencji przy plaży.
Naser
Plaża była bardzo kamienista i mieliśmy wielkie problemy z dojściem do wody, a jeszcze większe z wyjściem z niej po obślizgłych kamieniach. Na szczęście nikt nie korzystał z ostatnich dni lata i praktycznie cała plaża była nasza.
Na chwilę udało nam się nawet ukraść szezlongi (och, jak ja kocham to słowo!)
Kınalıada jest urocza. Nie ma na niej samochodów i wszyscy poruszają się pieszo lub ewentualnie rowerami. Dodatkowo jest typowo letnią wyspą, która staje się bezludna, kiedy tylko zaczyna się robić chłodniej.
Saner mieszka w pięknej okolicy z nieziemskim widokiem. Pierwsze pół godziny robiliśmy obowiązkowe sesje na balkonie.
Głównym punktem wieczoru miał być grill. Oto i on.
Nie byłam nigdy na tureckim grillu, ale teraz będę już wiedzieć, że podstawowe i jedyne danie to turecka kiełbasa (sucuk) pieczona na ruszcie. W smaku bardzo aromatyczna i bardzo słona. Oczywiście moja ulubiona!
Sposób podania kiełbaski też mnie zaskoczył, bo należy ją połączyć z bagietką i zmontować kanapkę. Do tego tradycyjnie sałata lodowa z pomidorem i cebulą bez dodatku przypraw, polana sokiem z cytryny.
Doczekaliśmy się też raki. Do osób, które nie lubią czarnych żelków Haribo- nie róbcie tego w domu :) Jest to piekielnie mocna anyżówka, którą rozcieńcza się wodą. Najlepiej smakuje w towarzystwie melona, białego sera i winogron.
Kiedy dwie butelki raki poszły w niepamięć, kiedy już zjedliśmy Sanerowi całą chałwę, melony, chipsy, sery i tureckie bułki, ktoś rzucił hasło i w ciągu minuty byliśmy w drodze na nocne pływanie.
iężki poranek, ciężko było się zabrać. Obeszliśmy jeszcze raz okolicę i wsiedliśmy na powrotny prom.
Turecka gościnność na każdym kroku wprawia nas w osłupienie. Nie dość, że wszyscy nam pomagają, to jeszcze każdy zaprasza nas do siebie i częstuje czajem. Zwykło się mawiać: „Jesteśmy przyjaciółmi. Od teraz mój dom jest Twoim domem.”













































