W drugim semestrze znowu zapisaliśmy się na zajęcia w terenie, żeby zdobyć trochę punktów i nie chodzić na tyle zajęć na uniwersytet. Chcieliśmy, naprawdę chcieliśmy, ale nic z tych planów nie wyszło. Z grupą się nie polubiliśmy, zajęcia powtarzały się z tymi z poprzedniego semestru, więc soboty zrobiliśmy sobie wolne.
Kiedy reszta udała się do Hagii Sophii, my postanowiliśmy zjeść. Same dobre rzeczy, no, może poza tym ostatnim.
Po jedzeniu przyszedł czas na romantyczną sesję przed Błękitnym Meczetem.
Później spotkaliśmy się z grupą, żeby razem pójść do Muzeum Mozaiki.
Tradycyjnie, 10 metrów od największych zabytków, spotkałam kurczaki i pana koguta.
Przedostatnim punktem była Mała Hagia Sophia, czyli kościół św. Sergiusza i Bakchusa.































