Pomimo bardzo ciężkich warunków drogowych w końcu dotarłyśmy do lasu na szczycie małego wzniesienia. Niestety dotarły tam też tłumy ludzi, rowery i biedne konie. Z powodu alergii nie mogłam w tym dłużej uczestniczyć, więc po wypiciu dwóch ekstremalnie drogich herbat postanowiłyśmy opuścić wyspę. Do portu chciałyśmy tym razem iść zupełnie inną trasą i już nie po asfalcie, a zwykłą polną drogą zeszłyśmy w kierunku miasta.
Naszym celem, wyznaczonym już na promie, była ta wieża.
Chciałyśmy też zejść na dół, bo jest tam małe molo, na którym można posiedzieć.
W środku lasu znalazła się też budka z grillem, ale cena szybko nas odstraszyła.
Turecka dziewczyna na legalu, z pozwoleniem na pobyt :)
Wracając inną trasą trafiłyśmy na pasące się konie. Niestety w bardzo złej kondycji…
Widok na kolejną wyspę.
Wilhelm Zdobywca!
I cudowny obiad na koniec wyprawy. Zupa soczewicowa (ezogelin), kuzu şiş i tavuk şiş.





















