Morze Północne

Droga powrotna była kręta i długa. Ostatnim przystankiem miał być Zandvoort, ale najwidoczniej ktoś poprzestawiał znaki, bo wylądowałyśmy pośrodku trawy (Zandvoort widać daleko, daleko w oddali). I tak zamiast jeść rybę na plaży skończyłyśmy z chipsami i wodą mineralną na wydmie.

 Idzie na burzę, idzie na deszcz.
 Zakaz wprowadzania psów zawsze aktualny i przestrzegany.
 Zza wzgórz wystaje wielka, dymiąca fabryka. W którymś momencie mijałyśmy też Circuit Park Zandvoort- dawny tor wyścigowy Formuły 1, ale prędkość jaką rozwinęłam nie pozwoliła mi na zrobienie zdjęcia… 
Po godzinie dotarłyśmy do cywilizacji, ale nie było nam dane zjeść w knajpie, bo wszystkie plażowe lokale serwują mrożonki.
Całym serduszkiem polecam przysmaki z takich obwoźnych budek. Dużo rodzajów do wyboru i wszystko bardzo świeże.
 Kibbeling był najlepszą rybą jaką jadłam. Rozpływał się w ustach i do teraz jak o nim pomyślę robię się głodna.
 Siostra przygarnęła ogromne, pyszne krewetki. 
Obiad zjadłyśmy na ławce i było to najlepsze miejsce, jakie mogłyśmy wybrać.
 Przez cały czas miałyśmy głodne towarzystwo, ale uczciwie podzieliłyśmy frytki i każdy znalazł coś dla siebie.