Po pierwszej wizycie w Budapeszcie spokojnie mogę go zacząć nazywać „miastem wariatów”. Z takim zagęszczeniem dziwnych ludzi nie spotkałam się nawet w Stambule. Wszystko zaczęło się już dwie godziny po przylocie, kiedy zaatakowana zostałam przez małoletnich mieszkanców za robienie zdjęć, później było już tylko gorzej. Jeszcze tego samego dnia podczas nocnego spaceru po Górze Gellerta trafiłyśmy na obnażającego się mężczyznę (góra jest praktycznie bez oświetlenia, więc sceneria była tym bardziej straszna). Dzień drugi, i zarazem ostatni, to pewna bezdomna kobieta bijąca po twarzy przechodniów i pokazująca biust pasażerom autobusu. Natomiast kilka godzin przed moim odlotem prawie byłam świadkiem samobójstwa. Budapeszt jest przepiękny, ale wszystkie te wydarzenia i wszechobecne budynki niczym z filmu „Dziecko Rosemary” czy „666 Park Avenue” przyprawiały mnie o dreszcze.
Głównym celem mojego przyjazdu były odwiedziny u współlokatorki Zsuzsanny. Zsuzsanna wie, co lubię, więc od razu nakarmiła mnie węgierskimi słodyczami. Były Túró Rudi, Kürtőskalács i marcepanki z wiśniami. Trochę w odwrotnej kolejności, po deserze ruszyłyśmy na obiad.
Niestety trzeba było zahaczyć o bankomat. Jak żyć, kiedy maszyna wypluwa z siebie 6000 Forintów. Wydaje ci się to dużo, myślisz, że wystarczy na cały tydzień, po czym wydajesz połowę już w pierwszym napotkanym kiosku z biletami. Przy każdym zakupie ból był jednakowo silny.
Miałam taki dziedziniec przy moim mieszkaniu w Berlinie. Tylko z typowym niemieckim porządkiem i bez plastikowych krzeseł.
Jeden z czterech dwórców kolejowych. Pociągu do Polski nie znalazłam.
Pierwszy poważniejszy zakup: bilet dwudniowy dla turystów. Męczyłam się z nim bardzo, bo wgryzał mi się w skórę i wyrywał włosy. Zapłaciłam 2700 Ft, a w cenie biletu było wejście do term.
Zsuzsanna pozuje ze swoim biletem.
Kolejny genialny budynek. Musiałabym się zatrzymywać co 3 metry, żeby sfotografować każdy, który mi się podobał…
Matematyka i orientacja w terenie są mocnymi stronami Zsuzsanny :) Tutaj pozdrawiam koleżankę, bo zna tę stronę i pewnie wrzuci sobie wszystko z translator :)
W koncu dotarłyśmy do polecanej restauracji Mákos Guba Étterem és Kávézó, przy Krisztina körút 65 w Budzie.
Sárgadinnyés házi limonádé, czyli domowej roboty lemoniada z melona.
Gulyásleves, czyli zupa gulaszowa.
Rántott camambert áfonyával, czyli smażony camambert z sosem żurawinowym.
Rizi-bizi i rántott sertéskaraj, czyli „risotto” z groszkiem i pietruszką oraz kotlet schabowy.
Vörösboros marhapörkölt, czyli gulasz wolowy z czerwonym winem, natalerzu z węgierskimi kluseczkami.
Naleśniki z mielonymi orzechami z polewą czekoladową.
Mákos guba vanília öntettel, czyli chleb z makiem i sosem waniliowym.
Po jedzeniu potoczyłyśmy się przez tunel w kierunku zamku.
cdn.







