Posty pojawiają się coraz rzadziej, ale to tylko dlatego, że staram się robić coś konstruktywnego. Z tym, że szczególnie mi to nie wychodzi i tym oto sposobem przy każdym spotkaniu z wykładowcą walczę tylko o to, żeby przesunął mi zaliczenie na wrzesień. Niestety nie zorganizowałam się wystarczająco dobrze.
Jeszcze jutro nadciągnie fala, a ja mieszkam zaraz za wałem. Widzę przez okno, że zalało mój wyznacznik poziomu wody- kępę trawy po środku rzeki, czyli mamy pół metra więcej, zostało jeszcze siedem do godziny zero. Woda mineralna w mieście wzrosła na wartości, bankomaty i sklepy nie przyjmują kart, sieć jest ciągle zajęta, ludzie na Karłowicach poszaleli i ich życie sprowadza się od wczoraj do stania na wałach i robienia zdjęć, a dzieci są wypuszczane przez rodziców na błonia za wałem, bo to przecież obecnie idealne i fancy miejsce zabaw.
Tyle słowem wstępu, bo jednak jestem zażenowana…
Relacja czysto fotograficzna:

Do Goudy wysłała mnie siostra. Miałam zobaczyć słynny targ serowy i popłynąć statkiem za miasto. Niestety nie było mi dane zobaczyć niczego. No może poza targiem, bo był, tyle że z produktami made in China.
Waga miejska też niestety była zamknięta.

 Dobudowane balkoniki i mini kamieniczki były fantastyczne.

 Wejście do domu oczywiście przez pomost :)

  Weszłam do muzeum farmaceutycznego, po którym zostałam oprowadzona indywidualnie.  Było bardzo zabawnie, bo pani, która się mną zajmowała nie radziła sobie za bardzo z angielskim, więc razem wymyślałyśmy dziwne słowa i zgadywałyśmy co każda z nas miała właściwie na myśli :)

Zamieszkały i bardzo bogaty wiatrak.