Zaraz po swoich rodzinach i nicnierobieniu, Turcy najbardziej na świecie kochają piłkę nożną. Jestem tu już trochę i pomimo tego, że nie znam terminarza spotkań lokalnych drużyn, to i tak zawsze wiem, że danego wieczoru wydarzy się coś ważnego. Od wczesnych godzin porannych na mieście zaczynają się pojawiać jednostki reprezentujące dane drużyny. Im bliżej meczu, tym bardziej kolorowe staje się miasto. Nieważne czy preferujesz styl sportowy czy klasyczną elegancję, bo koszulki, kamizelki, kurtki, szaliki i sznurówki zakładane są nawet do szpilek. W dni meczowe liczy się tylko miłość do drużyny, wygląd schodzi na drugi (baaaardzo daleki) plan.

Swego czasu, jeszcze w październiku, kolega zaprosił mnie na mecz. Grał akurat Beşiktaş kontra „nawet nie wiem kto”. W każdym razie cały stadion był biało-czarny, a od ludzi biła taka energia, że sama, nie znając słów przyśpiewek krzyczałam i kibicowałam przez cały mecz. Hooliganów mają naprawdę zaangażowanych, nie odpuszczają ani na minutę, ale też jest między nimi tak bezpiecznie, że następny mecz spędzę właśnie na ich trybunie, żeby jeszcze bardziej poczuć klimat piłkarski. Zaraz obok nich matki z dziećmi i bardzo rodzinna atmosfera. Kobiety w chustach owinięte „firmowymi” szalikami, a dzieci już od najmłodszych lat uczone, co oznacza prawdziwe kibicowanie.

Co jest dla mnie zaskakujące, na uniwersytetach i w innych szkołach działają fankluby drużyn sportowych. I to bardzo prężnie działające, nie tylko jeśli chodzi o piłkę nożną, ale również różnego rodzaju zbiórki pięniędzy dla potrzebujących czy inne wydarzenia. Tu nie chodzi tylko o wspólne chodzenie na mecze i przygotowywanie wielkich bannerów, prezydent fanklubu dba, żeby członkowie wykazywali się też w innych dziedzinach.

Przyjeżdżając tu znałam tylko Galatasaray, później, stopniowo znajomi zaczęli podejmować próby przekonania mnie, że nie tędy droga. Teraz jestem rozdarta, kochać Galatasaray czy  Beşiktaş? A może  Fenerbahçe?

0