IMG_9146

Dnia piętnastego lipca roku 2013 oficjalnie zakończyłam swoją przygodę z moim tureckim uniwersytetem. Sesja, co prawda, zakończyła się już pod koniec czerwca, ale według dokumentów studentką byłam jeszcze przez 2 następne tygodnie. Już dawno powinnam być w domu, ale z tego kraju chyba będą musieli wyrzucać mnie siłą, bo robię wszystko, żeby stąd nie wyjeżdżać :)

Do Stambułu przyleciałam 20 września 2012 roku, kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego, żeby mieć czas na wszystkie formalności i szukanie mieszkania. Wszystko to było bardzo zawiłe, ale już pierwszego dnia wiedziałam, że chcę zostać na kolejny semestr. Szybko mi poszło,  moja miłość do tego miasta ujawniła sie już kilka minut po opuszczeniu lotniska.

Mieszkanie znalazłyśmy prawie od razu, w centrum miasta, w niezbyt bezpiecznej okolicy. Po kilku dniach wprowadziła się do nas nasza facebookowa koleżanka z Węgier i jej facebookowy kolega z Niemiec. Zamieszkaliśmy sobie razem, w kłótniach i syfie, jak się później miało okazać.

Pierwsze dni w szkole były dziwne. Długie godziny wyczekiwania na dokumenty i legitymacje, pierwsze spotkania zapoznawcze, ciągłe pytania „skąd jesteś?”, „co studiujesz?”, no i pierwsze umawianie się na imprezy :) Przez długi czas wszyscy trzymaliśmy się razem, później podzieliśmy się na obozy, jednak zawsze spotykaliśmy się w naszym „ulubionym” klubie na naszych erasmusowych imprezach i zawsze wszyscy staraliśmy się zwiedzać miasto razem.

Dużo osób chciało przedłużyć stypendium, jednak w efekcie, w kolejnym semestrze nie spotkaliśmy się już więcej z niektórymi fajnymi osobami. Niektórzy mieli już dosyć tego wielkiego miasta, niektórzy wrócili do dziewczyn/chłopaków, niektórzy spędzili czas na narzekaniu na wszystko, co ich otaczało i nie chcieli kontynuować. Przyjechali też „nowi”, w większości Turcy z Francji i Niemiec (czego dalej nie mogę zrozumieć). Miałam duże ambicje, żeby ich wszystkich poznać, ale każda propozycja wyjścia kończyła się dziwną odpowiedzią i spławianiem, więc w końcu zaprzestałam. I tak okazało się, że nie ma szansy na powtórkę z poprzedniego semestru. Nowi trzymali się z nowymi, a starzy ze starymi. Pod tym względem drugi semestr był koszmarny. Jeżeli imprezowanie to tylko w starym gronie, obiady w szkole tylko ze współlokatorami, kręcenie się po mieście samemu lub z tureckim towarzystwem.

Podsumowując:

– Stambuł to genialne miasto! Może nie jest tak rozwinięty pod względem klubów i imprezowania, ale za to jest tu tyle wspaniałych miejsc, że zwiedzania wystarczy na cały rok (albo i więcej)

– W Turcji bardzo ciężko się upić. Zdarzyło mi się może 3 razy, z czego 2 razy z pomocą polskiej wódki. Alkohol jest drogi i niesmaczny. Wódka (przeważnie Bazooka lub Istanblue) jest okropna. Raki to też nie moje klimaty, a po jednej puszce piwa mój brzuch puchnie jakbym była w trzecim miesiącu ciąży.

– Mój angielski jest teraz super. Mimo tego, że u lokalsów z tym słabo, to jednak  dałam radę i gadałam z każdym się tylko dało. Turecki chcąc nie chcąc też zaczęłam rozumieć, z mówieniem niestety gorzej, ale zyskałam sympatię połowy sprzedawców (i tym samym darmowe jedzenie) właśnie moimi próbami mówienia i moim zabawnym akcentem.

– Poznałam wielu ciekawych ludzi, głównie obcokrajowców, których zapewne już nigdy nie spotkam. Poznałam też wielu Turków, ale te „przyjaznie” opierają się (zazwyczaj, bo zdarzają się wyjątki!) głównie na chęci „zaliczenia cię”, więc szybko przestałam się zapoznawać i wymieniać numerami telefonów.

– Dużym błędem było to, że przed przyjazdem za mało oszczędzałam. Powinnam tu przyjechać z dużym zapasem na koncie. Wtedy mogłabym wykorzystać wyjazd na 100%. Stambuł jest szalenie drogi i już pierwszy miesiąc pochłonął połowę mojego grantu (rejestracja telefonu, wyrobienie biletu, zakup biletu miesięcznego, wyrobienie stałego pobytu, pierwszy miesiąc czynszu za mieszkanie, depozyt za mieszkanie).

– W związku z poprzednim punktem musiałam trochę popracować. A z pracą w tym mieście bardzo ciężko, szczególnie bez znajomości Tureckiego. Zajmowałam się więc różnymi dziwnymi rzeczami, od zajmowania się singapurskimi kotami po opiękę nad dziećmi  i uczenie niemieckiego.

– W Polsce nie uśmiechasz się do obcych ludzi, nie ma nawet mowy o tym, żeby podejść do małego dziecka, które jest wyjątkowo śliczne i słodkie i zacząć je głaskać po głowie, a już tym bardziej pocałować w policzek. Tutaj jest to na porządku dziennym. Dlatego ja teraz też jestem dla każdego bardziej serdeczna i dobra karma zawsze do mnie wraca. No dobra, może nie zawsze, bo zdarzały się incydenty, ale życie tu i tak wydaje się bardziej szczęśliwe.

– Podobnie jest z przyjaźniami. Przyjaźń dla nich znaczy naprawdę dużo. Na porządku dziennym są spotkania, tęsknota za przyjaciółmi (nawet tej samej płci), chodzenie pod rękę, nazywanie bratem/siostrą. Przyjaźnie tutaj nigdy się nie kończą. Po roku stwierdzam, że to czego doświadczyłam chyba nigdy nie powinno być nazywane przyjaźnią.

– Stambuł to zdecydowanie miejsce dla wielbicieli kotów :) Takich mieszanek i umaszczeń nigdy wcześniej nie spotkałam, dlatego przy każdym kocie mam ochotę się zatrzymać i zacząć go głaskać.

– Do perfekcji opanowałam przebieganie slalomem między rozpędzonymi samochodami. Przyjeżdżając tu nie bądźcie zdziwieni, tutaj przepisy ruchu drogowego nie obowiązują. Motory jeżdżą po chodnikach, pasów się nie zapina, a do auta pakuje się 15 osób na raz. Podobnie jest z autobusami, bo rozkłady zazwyczaj nie istnieją, ale też czas oczekiwania na właściwy numer to 0 minut. Mój ulubiony zwyczaj to jazda z otwartymi drzwiami, wsiadanie w trakcie jazdy i możliwość wejścia do autobusu w każdym możliwym miejscu- możesz wsiąść gdzieś w polu, możesz wysiąść na środku skrzyżowania, wszystko jedno, kierowca zawsze cię obsłuży.

– Przez całe życie nie wypiłam tyle herbaty co tutaj w jeden rok. Za połowę nie zapłaciłam, bo miłe polskie dziewczyny wszystko mają za darmo. Nawet teraz, kiedy mamy 35 stopni, herbatka musi być.

– Wbrew ostrzeżeniom i opiniom osób, które były w Turcji wcześniej, nigdy się nie zatrułam :) Spróbowałam każdego rodzaju ulicznego żarcia, nigdy nie umyłam żadnego owoca z bazarku, piłam soki wyciskane niemytą maszynką i mieszane niemytym palcem. NIC, moi mili. Chociaż pewnie za szybko się pochwaliłam i zaraz mnie coś dopadnie!

– W związku z tym, że cukier jest tu zazwyczaj w kostkach, a na koniec jedzenia zawsze dostaje się mokrą chusteczkę o zapachu cytrynowym do umycia rąk, moja torba była zawsze wypełniona tymi dwoma rzeczami. Cukier zwyczajnie wykradałam, bo nie chciało mi się kupować, a chusteczki kolekcjonowałam, bo zawsze istniało prawdopodobieństwo, że się przydadzą.

– Dalej nie nauczyłam się grać w tavlę (backgammona), ale jestem na dobrej drodze do zostania mitrzem tureckich gier karcianych.

Mogłabym jeszcze dużo napisać, ale zostawię to na inne posty. W trakcie powstawania jest też coś w rodzaju FAQ dla przyszłych erasmusów w Turcji, bo mi niestety nikt za bardzo nie pomógł, więc może mi uda się kogoś oświecić :)

0