Przystanek Woodstock

Nie wierzę, że tu jestem!

IMG_6122

Z pociągu wysiadasz obdarty i rozmemłany, oczywiście już z nowymi przyjaciółmi, którzy tak jak Ty są tu pierwszy raz! Idziesz za kolorowym tłumem, obeznanym i widać doświadczonym. Oczywiście nie chcesz maszerować 4,5 km na nogach, więc pakujesz się do busika za 3 złocisze i oddalasz się od cywilizacji, ostatni raz słuchając hitów z radia Eska. Mijasz urocze miasteczko, wjeżdżasz do lasu i po pięciu minutach jesteś już na miejscu. Jest godzina 8.05, a żar już leje się z nieba. Zabierasz klamoty i spacerkiem kierujesz się w stronę pola namiotowego. Miejsce ponoć już na nas czeka. Na trasę wychodzi po Ciebie kolega, który zabiera od Ciebie zbędny balast. Maszerujecie przed siebie, a Ty jesteś w najwspanialszym humorze od dwóch tygodni. O tak, widzisz ogrom pola namiotowego, a rozbity jesteś oczywiście na samej górze stoku. Pewnie podczas spania będziesz przez to automatycznie „wyjeżdżać” z namiotu. Wdrapujesz się po (jeszcze) suchej ścieżce do charakterystycznego punktu- flagi z napisem GŁOGÓW i rozbijasz się w nieopodal. Tzn. chcesz się rozbijać, ale jesteś niekompatybilny z towarzyszem, który chce robić wszystko inaczej. Kupa śmiechu, ale namiot w końcu staje na miejscu. Co by tu robić dalej? Drepczesz z powrotem z góry i udajesz się w poszukiwaniu dreadowego namiotu. Towarzysz chce zaadoptować dreadki na swojego crusta. Gdzieś na płocie widzisz w końcu strzałkę, więc skręcasz między namiotami i trafiasz do dreadowego raju. Co prawda jeszcze nie otwartego, ale wpadasz tam jak huragan i zmuszasz do działania. Siedzisz miło na trawie i obserwujesz dzierganie. Towarzysz trochę marudzi, że boli, więc jest Ci trochę wstyd. W końcu nie możesz już dłużej wytrzymać i decydujesz się na adopcję. Towarzysz miał rację, że boli jak cholera! Chwila cierpienia i w końcu możesz odejść ze swoim dreadem. Jest długi i gruby, bardzo ładny i pachnący. Szkoda tylko, że naciąga skórę i trochę Cię krzywdzi.

Humor dalej dopisuje, więc robisz obchód. Teren jest przeogromny. Widziałeś to w telewizji i myślałeś, że wszystko wiesz, a tu taka niespodzianka. Do miasta masz daleko, do pryszniców również, scenę co prawda widzisz cały czas, ale droga do niej ciągnie się niemiłosiernie. O piwie nie wspomnę, bo nie dość, że daleko, to jeszcze na żetony. Nie dość, że na żetony, to jeszcze Carlsberg, którego nie lubisz. Oczami wyobraźni widzisz ile kilometrów trzeba będzie zrobić i jak strasznie męczące będą te 3 dni festiwalu.

Jest względnie wczesna pora, do oficjalnego rozpoczęcia masz jeszcze parę godzin, więc zaczynasz krążyć po polu i poznawać fajnych ludzi. Nagle widzisz pewnego osobnika i krzyczysz: „Kochanie! Ryszard Riedel żyje!”. I stoicie jak wryci, bo gdybyście nie wiedzieli, że Ryśka już nie ma, z pewnością pobieglibyście po autograf!
Czas mija powoli, upał jest za to coraz większy. Znajdujecie kawałek cienia i kładziecie się przy porzuconej przyczepie campingowej. Piwo i słońce to złe połączenie. Kto by się spodziewał, że zaśniecie w ciągu 30 minut. Jednak Woodstock nie da Ci zginąć. Co chwilę przejęci ludzie podchodzą i pytają czy wszystko jest OK. Każdy tu o siebie dba, każdy chce, żeby wszyscy dobrze się bawili.

I w końcu wybija 15.00, w końcu zaczyna się Woodstock, więc razem z tłumem idziesz pod scenę wyczekiwać początkowego gwizdka!

1 comment on “Nie wierzę, że tu jestem!

  1. Gdzie się podziały komentarze?

Comments are closed.