Kto nie zna języków obcych temu ciężej w życiu? Trochę tak jest… Jeszcze w gimnazjum, czy nawet w liceum bardzo się przed tym broniłam. Każde nowe słówko zapamiętywałam z trudem, bo przecież „do niczego mi się ono nie przyda, głupia ta szkoła…” a teraz żałuję, że nie nauczyłam się dokładnie wszystkich części ciała czy przyborów kuchennych, bo nagle okazały się przydatne! I jako, że za granicą zazwyczaj mieszkam, często podróżuję i bardzo lubię rozmawiać z obcokrajowcami, postanowiłam coś napisać. Kilka historii językowych, które mogą się Wam przydać!

“Z językami, wszędzie jesteś w domu.” – Edward De Waal

Praktyki zagraniczne

Przytrafiły mi się dwukrotnie i jako, że z niemieckim miałam do czynienia od kołyski, to wybrałam kraje, w których niemieckiego będę mogła używać codziennie. Były to co prawda Instytuty Polskie w Berlinie oraz w Wiedniu, więc miejsca, w których przeważnie pracowali sami Polacy i to właśnie język polski był głównym językiem komunikacji biurowej, jednak od razu zostałam rzucona na głęboką wodę – telefony do ambasady, prowadzenie spotkań, obsługiwanie recepcji, reprezentacja na zewnętrznych imprezach, pisanie teksów na stronę internetową oraz oficjalnych pism i zaproszeń oraz tłumaczenia. Tyle zadań jak na jedną praktykantkę, która na dodatek dobrowolnie wyjechała na praktyki za granicę podczas gdy uczelnia wymagała jednego miesiąca w polskiej firmie. Miałam trochę oszczędności, resztę dołożyli rodzice, ale do tej poty uważam, że bardzo dobrze zrobiłam! I zawsze będę to miło wspominać i śmiać się z tego jak bardzo byłam przestraszona, kiedy pierwszy raz zadzwonił telefon i byłam jedyną osobą w pobliżu, która chcąc nie chcąc musiała podnieść słuchawkę. I jak bardzo wstydziłam się mówić na głos po niemiecku przy reszcie praktykantów, którzy znali niemiecki (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) lepiej niż ja. I jak fajnie było, kiedy mimo mojej paniki zawsze okazywało się, że jednak umiem się dogadać, a inni praktykanci jednak się ze mnie nie śmieją tylko sami pytają mnie o niemiecką gramatykę.

Kursy językowe

Turecka szkoła językowa dała mi nieźle popalić. 8 godzin zajęć dziennie. 5 dni w tygodniu. Grupa kilkunastoosobowa, większość uczniów z Syrii, Nigerii i Rosji, jedna Hiszpanka i jedna Polka (Paulina Polonya – tak mnie tam nazywano). Żadnego wspólnego języka, a nawet jeżeli jakiś się pojawiał, to i tak nikt nie chciał romawiać, bo „przecież jesteśmy tu, żeby uczyć się tureckiego, a nie rozmawiać po angielsku!”. I tak siedzieliśmy w ciszy, bo oprócz small talków nie byliśmy w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Dopiero kiedy do akcji wkraczał nasz przystojny nauczyciel wszystkim (dziewczynom) rosła motywacja, wszystkie dłonie wędrowały w górę, każda była chętna do odpowiadania na pytania i nagle przypominały się wszystkie najtrudniejsze struktory gramatyczne. Kurs tureckiego był bardzo intensywny. Nawet po zajęciach nie można było pozwolić sobie na odpoczynek, bo jeden leniwy dzień sprowadzał lawinę nieodrobionych zadań i zaległości. A do tego mieliśmy kategoryczny zakaz rozmawiania z nauczycielem po angielsku, więc cokolwiek by się nie działo, trzeba było wstać i przy całej grupie, na tyle ile się potrafiło, wytłumaczyć w czym problem, zadać pytanie i jeszcze zrozumieć o co chodzi. Czasami było ciężko, ale dzięki temu znam takie słówka, których nie nauczyłabym się sama z siebie, bo uznałabym je za zbyteczne.
Kursy językowe to dobra rzecz, szczególnie takie, które wręcz zmuszają Cię do ruszenia głową i rozmawiania. Takie, gdzie nie masz innego wyjścia i aby przetrwać musisz zacząć komunikować się z resztą. I jest taka firma, dzięki której może się to udać! Agencja Turystyczna ATAS pośredniczy w organizacji kursów zagranicznych – prosta sprawa, bo wystarczy wybrać język, kraj docelowy, miasto które nas interesuje, grupę wiekową, a w odpowiedzi dostajemy wszystkie szczegóły, odertę danej szkoły w pliku PDF, informacje o kursie oraz oceny wszystkich, którzy przed nami w kursu korzystali. Fajne, intuicyjne, dobrze opisane i… dla każdego!

Projekty zagraniczne

Spotkanie na szczycie Polska-Izrael, dużo tematów politycznych i obyczajowych. Trochę przyjaźni i jeszcze więcej kłótni o historię i stosunki międzynarodowe. Dyskusje, panele i warsztaty. Przy takich projektach każdy z uczestników musi być aktywny i każdy musi brać żywy udział w całym programie projektu. Nawet jeżeli nie chcesz lub się boisz, to i tak trzeba będzie się spiąć, stanąć przed grupą i wypowiedzieć się na temat, który być może nie będzie ci leżał. Na okrągło spędzasz czas z obcokrajowcami, którzy chcą dowiedzieć się czegoś o Twoim kraju i o jego kulturze. Projekty zagraniczne są różne, wiadomo, niektóre bardziej rozbudowane, inne nastawione na rozrywkę i integrację, ale z mojego doświadczenia wynika, że trzeba dać coś od siebie, a w zamian dostaniesz jeszcze więcej i są to rzeczy, z których będziesz korzystać podczas każdej podróży w którą się wybierzesz.

Studia za granicą

Były czasy, kiedy mój angielski był dosyć słaby. Egzaminy zdawałam na 5, ale przy próbach porozumienia się z moich ust wypadały dosyć dziwne struktury gramatyczne. Nic do stracenia nie miałam, więc raz-dwa postanowiłam wybrać się na stypendium. Bez żadnego pomysłu odnośnie kraju czy uniwersytetu, więc wyboru za mnie dokonała siostra. I pojawiłam się w pięknym Stambule, gdzie nikt nie mówił po angielsku, gdzie wszyscy rozmawiali w dziwnym języku, którego chyba nigdy na żywo nie słyszałam. I nagle okazało się, że nie ma powodu do kompleksów, bo mój poziom jest na tyle dobry, aby uczyć innych gramatyki, że nauczycielka Business English wie o wiele mniej niż ja, że większa część grupy erasmusowej nie zna biegle angielskiego, więc nie jestem najgorsza! I tak krok po kroku, z osoby, która wręcz nie chciała po angielsku mówić i chowała się za koleżankami, zmieniłam się w osobę, z którą każdy chciał pogadać i spędzać czas. I chociaż w kółko rozmawialiśmy na te same tematy i nie używaliśmy bardzo rozudowanego słownictwa, wyrobiłam sobie dużo nawyków, z których korzystam przez cały czas.

Spotkania couchsurfingowe

I to nie tylko te związane z noclegiem, ale przede wszystkim cotygodniowe spotkania grup dyskusyjnych/językowych. Chodziłam na takie w Wiedniu i w Stambule, ostatnio nawet w Iranie, a organizowałam je we Wrocławiu. Zawsze przychodził ktoś nowy i zawsze pojawiał się ktoś z kim można było konie kraść, więc rozmowy trwały do wczesnych godzin rannych. Plusem spotkań CS zawsze było to, że nie liczył się wiek, poziom znajomości języka, ani kraj pochodzenia, bo zawsze znajdą się wspólne tematy i każdy dobrze się bawi.

A Wy? Jakie macie sposoby na naukę języków obcych? Podzielcie się nimi w komentarzach!

*Wpis powstał we współpracy z Agencją Turystyczną ATAS oferującą kursy językowe za granicą.

0