Pierwszego dnia w Stambule (21.09.2012) poznałam Nasera. Naser zagadał do mnie w Starbucksie w centrum handlowym Cevahir, kiedy byłam jeszcze bezdomna i gorączkowo szukałam jakiegoś mieszkania. Co prawda chciał tylko pożyczyć długopis, ale po chwili dosiadł się i swoim idealnym angielskim zaczął opowiadać o sobie i o swoim mieście, w którym był bardzo zakochany. Opuścił je w poszukiwaniu lepszego życia, bo nie widział tam dla siebie przyszłości i rozwoju w zawodzie. Naser był doświadczonym weterynarzem. Pewnego dnia rzucił wszystko i ruszył na zachód, żeby rozpocząć pracę jako nauczyciel języka angielskiego. Jego matka była Amerykanką, więc miał ułatwione zadanie, jednak do tej pory jako znak rozpoznawczy Nasera pamiętam książkę do nauki angielskiego i nagrania amerykańskich programów na telefonie. Każdą wolną chwilę przeznaczał na dokształcanie. Nawet pamiętnego poranka, kiedy wracaliśmy z ciężkiego, zakrapianego alkoholem weekendu na Wyspach Książęcych.

Widywaliśmy się w Stambule bardzo często. Mieliśmy grupę wspólnych znajomych, mieszkaliśmy niedaleko siebię i kilka kroków od Taksimu, który był naszym głównym miejscem spotkań. Widywaliśmy się do momentu, w którym odrzuciłam zaloty Nasera i kategorycznie odmówiłam bycia jego dziewczyną. Wtedy skończyły sie rozmowy o cudach Iranu i wspaniałych Persach. Nie planowaliśmy już więcej grupowego wyjazdu na wschód, a Isfahan pozostał tylko w postaci zdjęć zapisanych na dysku mojego komputera. Naser ucieszyłby się z pewnością, że w końcu dotarłam do jego domu, który przyjął mnie lepiej niż się spodziewałam.

Isfahan poszedł na pierwszy rzut i od razu uplasował się w czołówce moich ulubionych miejsc na świecie. Mimo tego, że przed przyjazdem trzy kolejne noce spędziłam śpiąc na lotniskach i/lub w autobusach, w Isfahanie dostałam energetycznego kopa i już po 15 minutach od dotarcia do hostelu byłam w drodze do Placu Imama.

Już na dworcu rozpoczęła się wielka walka taksówkarzy o to, kto zawiezie mnie do hotelu. Nie dość, że walka, to jeszcze każdy odmawia zawiezienia mnie do miejsca, w którym miałam rezerwację. Proponują w zamian hostel, bo bliżej centrum i tańszy. I wiadomo – to przecież hostel znajomego. A jak się później okazuje – jest to polecany przez Lonely Planet Amir Kabir, który znany jest chyba wszystkim polskim ekipom (patrz: naklejki na drzwiach wejściowych). Tanio (8 euro), niespecjalnie ekskluzywnie, ale przyjemnie, a do tego śniadanie w cenie.

Od razu poznaję Francuzkę, która jest pielęgniarką i podróżuje samotnie po różnych krajach świata, a do tego ma babcię pochodzącą z Polski, pół Szwedkę pół Irankę, która przyjechała do Isfahanu zobaczyć miejsca, w których żył jej ojciec, a po chwili dołącza do nas Brytyjka studiująca farsi w Teheranie oraz Malezyjczyk podróżujący dookoła świata ze swoją żoną. Jako, że reszta jest już dosyć mocno zintegrowana, przypada mi towarzystwo Anga, który dzielnie oprowadza mnie po mieście. Ang Isfahan zna już bardzo dobrze, bo był tu wcześniej. Niestety musiał wrócić w poszukiwaniu zaginionego telefonu, na którym jego żona prowadziła dziennik z ich półrocznej podróży.

Migawki z Isfahanu:

IMG_9956

isfahan

IMG_0011

0
  • Magicznie! Pięknie.
    Oglądając te zdjęcia wspomniała mi się moja podróż do Izraela… odkrywanie tego świata jest po prostu fascynujące.

  • Niesamowite miejsce i rewelacyjne zdjęcia! Marzy nam się podróż w te strony…

  • Magiczne zdjęcia,tyle cudownych detali zatrzymanych w czasie. A jednak nic mnie tam nie ciągnie…

  • Cudowne zdjęcia, aż chciałoby się teleportować :) Podziwiam za odwagę, teraz w obliczu wszystkich ataków, aż strach ruszać się z domu:/ Ale kto wie, może pewnego dnia nas tam wywieje:)
    Zapraszam w moje skromne progi:)
    Będzie mi szalenie miło!
    fochzprzytupem.blogspot.com

  • Uwielbiam podróże. Zwiedzanie nowych miejsc i możliwość dotknięcia swoimi rękami historii :-)

  • Fascynują mnie kolorowe miasta, odmienna kultura, inny język, obyczaje i klimat, ale w Iranie jeszcze nie byłam i nie jestem pewna czy kiedykolwiek tam się wybiorę. Jest tyle jeszcze miejsc do zwiedzenia… Podróże są takie inspirujące.

  • Pingback: Pierwszy dzień w Iranie. Pierwszy dzień w Isfahanie - blogerzy Ze SWIATA()

  • Jak tam pięknie… świetne zdjęcia! Pozdrawiam

  • Piękne zdjęcia. Nie spodziewałam się, że może być tam tak ładnie. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, bo nie będę ukrywać, że zainteresowała mnie ta historia.

  • Twoje zdjęcia z Iranu są magiczne!

  • Powiem krótko: Obłędnie :)

  • PawełM

    Piękne zdjęcia! Spędziłem 2 dni w Isfahanie. Piękne miasto. Brakuje mi tylko wzmianki i zdjęć z ormiańskiej Dżulfy, za rzeką. Tam też jest co podziwiać. Też spałem w Amir Kabir :). Zaraz przy hotelu na tym skrzyżowaniu jest najlepsza lokalna szisza jaką paliłem ever! Polecam.

    niezapomnianych podróży życzę!

    • To dopiero początek relacji, bo nie mam niestety na nic czasu ;) O ormiańskiej dzielnicy coś powinno być tylko nie pamiętam czy robiłam tam jakiekolwiek zdjęcia, bo byłam na jakichś nocnych zakupach wina i nie jestem pewna czy brałam aparat ;) Cieszę się, że zdjęcia się podobają! Pozdrawiam :)

  • Iran, moje marzenie. Ciągnie mnie do krajów muzułmańskich – Turcja, Egipt zaliczone, czas na Maroko, Tunezję, Dubaj, i Iran. Słyszałam, że tamtejsi taksówkarze nie zawożą pod konkretny adres i potrafią wykiwać turystę nawet w nocy. Specjalny zabieg by dostać prowizję. Ale ponoć ludność jest bardzo pomocna w kryzysowych sytuacjach. Taka bezinteresowna. Pytanie na ile jest to prawdziwe. Bo do tej pory spotkałam się raczej z nachalnością i walką o klienta . W internecie można spotkać różne i skrajne informacje. Czasami ma się wrażenie że ciut podkręcone. Jestem ciekawa twojego zdania na ten temat.

  • Tomasz Kuszej

    byłem w Iranie 2 lata temu – najlepsza wycieczka w życiu. Zrobiłem trasę Teheran – Masshad- Kerman – Yazd – Shiraz – Esfaham – Keshan – Teheran. Polecam szczególnie Masshad i Kerman, bo są poza głownym szlakiem turystycznym a też bardzo ciekawe.