berat

Berat to moja miłość! W tak fajnym mieście dawno nie byłam. I cieszę się, że zrujnowałam plan Szpaka i postanowiłam dodać do wyjazdu coś od siebie. Cieszę się również, że jest w Internecie Ruda i jej blog, bo inaczej z powodu mojego całkowitego braku zainteresowania Albanią, Berat zapewne ominęłabym szerokim łukiem.

Z Macedonii do Albanii

Macedonia, chociaż była pierwszym odwiedzonym krajem, nie doczekała się jeszcze swojego miejsca na blogu, więc chronologia zdarzeń będzie lekko zachwiana.

Wszystko zaczyna się w Ochrydzie, gdzie spędziliśmy pierwsze dni. A kiedy tam obeszliśmy już każdą możliwą uliczkę i zaczęło nam się troszkę nudzić, postanowiliśmy ruszyć do Albanii. Plan trasy obejmował macedońską Strugę, skąd mieliśmy nadzieję złapać bezpośredni autobus do Beratu. Na nadziei się niestety skończyło, bo do Strugi poszło gładko, a do miasta tysiąca okien musieliśmy się przesiadać jeszcze dwa razy.

Z Ochrydy do Strugi mieliśmy jechać busem, jednak taksówkarze byli szybsi i zabrali nas z przystanku za rozsądną cenę (100 DEN). Przewieźli do tego po całym mieście, a na końcu wysadzili w złym miejscu twierdząc, że to już tu, że tu są busy do Beratu, że tu wejść, bilet kupić i tyle. Oczywiście szybko okazało się, że zrobili nas w konia, a żeby dojść do dworca wystarczy przejść przez całe miasto. Później jeszcze kilka razy tam i z powrotem, bo dworzec ukrył się w dosyć nieprawdopodobnym miejscu i byliśmy gotowi do dalszej podróży. Bilet kupiliśmy tylko do Elbasan, bo inaczej się nie dało. 840 DEN za osobę. A do tego autobus średniej klasy, z deszczówką między szybami, smród spalin wdzierający się przez dziury w podłodze, 80 km i jedno przejście graniczne przed nami.

O moich pierwszych wrażeniach z Albanii przeczytacie TUTAJ.

Elbasan, Rrogozhinë, autostop

Elbasan. Pierwszy przystanek. Kierowca kazał nam wysiąść przy drodze głównej, wskazując przy okazji, że dworzec główny to na prawo, a później trochę prosto. Poszliśmy dziarsko przed siebie, podziwiając przy tym albańskie trendy, suknie ślubne i wystawy sklepowe. Dworzec znalazł się zaskakująco szybko, równie szybko znalazł się kantor. Z uzyskaniem informacji nie było już tak łatwo. Ekipa panów grających w karty nie reaguje na zawołania, jeden pan nie rozumie, drugiego nie rozumiemy my, trzeci chyba próbuje dać nam do zrozumienia, że bus zaraz będzie, ale nie do Beratu tylko gdzieś tam za Elbasan, a później trzeba czymś innym. Nie było sensu dopytywać i potwierdzać czy jedziemy we właściwą stronę, więc wsiedliśmy i tyle.

Busik (250 LEK od osoby) przebijał się przez zryte remontami Elbasan, a po drodze potwierdzały się moje wcześniejsze obawy – w Elbasan nie ma niczego. Albo zwyczajnie wszystkie ciekawe obiekty ominęliśmy, więc jeszcze tego miasta nie skreślam. Dalej było już tylko dziwnie ułożone siano, dziwne domy, więzienie, dym buchający z kominów, zwierzęta, kontrola policyjna i dziwne anglojęzyczne komentarze współpasażerów -To jest bardzo zły kraj! Tu jest wojna! Niepotrzebnie przyjechaliście!

Na końcu trasy wysadzono nas w kałuży na rondzie gdzieś za Rrogozhinë, pokazano palcem drogę w kierunku Beratu, jeden z panów ustawił nas w odpowiednim miejscu i tak się rozstaliśmy. A po pięciu minutach oczekiwania siedzieliśmy już w samochodzie i przy dźwiękach włoskiej muzyki jechaliśmy na południe.

Miasto tysiąca okien

Przemiły kierowca dowiózł nas do samego starego miasta. W nocy wyglądało zjawiskowo! Do tego mini most Bosforski przerzucony przez rzekę Osum i mamy moje miasto idealne :) Domki wznoszące się ku górze jeden przy drugim, mnóstwo okien i kamienne mury – mogłam się domyślić, że poszukiwanie hotelu będzie męczące. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak! I to nie z powodu wspinaczki wąskimi kamiennymi uliczkami, ale przez to, że wszystko wyglądało tak samo, brakowało trochę nazw ulic, a miejsce, w którym na 100% miał się znajdować nasz hostel wcale nim nie było. Dzięki temu porządnie się nachodziliśmy, a na koniec zrezygnowani wyszliśmy ze starego miasta, żeby usiąść na spokojnie w restauracji i zarezerwować inny nocleg. I jak to się skończyło? Prawie tak samo… błądzeniem, depresją i potem, ale na koniec znaleźliśmy nasz pensjonat Hava Baci w jednym z tradycyjnych domów, pod samym szczytem, z widokiem tak pięknym, że w sumie ucieszyliśmy się, że pierwszy hotel nie został odnaleziony.

Najlepsze objawiło się jednak dopiero rano, kiedy widok z okna okazał się jeszcze lepszy niż wcześniej. Do tego przed wejściem do pensjonatu odkryliśmy stół z krzesłami, który idealnie nadawał się do spotkań przy alkoholu i kręcenia timelapsów. Wykorzystaliśmy go oczywiście do oporu! :)

Spacer w dół okazał się przyjemnością o wiele większą niż ten w górę. Kręciliśmy się po zakamarkach fotografując szczegóły miasta, czyli praktycznie wszystko, bo to ge-nial-ne miejsce. Stukot adidasków o kamienne ścieżki przeplatał się z moimi ciągłymi westchnieniami i powtarzanym w kółko zdaniem -Oooooo, jak pięknie! Ooooo, jak dobrze, że tu przyjechaliśmy!

Berat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO i poza starym miastem można tu zobaczyć kamienny most z XVIII wieku oraz zamek górujący nad zabytkową częścią miasta. Stare miasto, rzekę Osum oraz most zobaczycie na poniższych zdjęciach. Na zamek przyjdzie pora w kolejnym wpisie.

Podobał Ci się ten wpis? Będzie mi bardzo miło jeżeli podzielisz się nim z innymi lub zostawisz komentarz.
A poza tym:
    ⋅ Przeczytaj resztę wpisów z tej kategorii. Kliknij tutaj!
    ⋅ Znajdź nocleg w miejscowości Berat. Zarezerwuj!
    ⋅ Zapisz się na newsletter, w którym będziesz otrzymywać najnowsze wpisy i inne informacje. Szczegóły tutaj!
    ⋅ Śledź fanpage bloga na Facebook’u – to tam znajdziesz bieżące informacje i zdjęcia z podróży. Klik!
    ⋅ Masz pytanie? Pisz na adres paulina@muchawsieci.com
Dziękuję za odwiedziny! I do zobaczenia!
0