Armenia

Pojechałam do Armenii. Bo nie miałam żadnych planów, a czasu wolnego miałam aż nadto. Bo nigdy tam nie byłam, a pojawiła się okazja. Bo Kami mnie zanęciła i nie mogłam odmówić. I nic lepszego jeszcze mnie w tym roku nie spotkało! Polubiłyśmy się z Armenią tak bardzo, że już planuję wielki powrót i kontynuację dark tourismowego szaleństwa.
Podobnie jak zrobiłam z Albanią, na pierwszy ogień idzie wpis z pierwszymi wrażeniami.

Armenia! Hajastan!
Co jest? Nikt nie zwraca na mnie uwagi!

Nareszcie kraj, w którym nikt mnie nie nagabuje, nikt nie zatrzymuje co trzy kroki i w zasadzie nikt nie jest zainteresowany bladszym odcieniem skóry (ani nawet moja szaloną różową kurtką). To miłe, że nie ma tu naganiaczy i spokojnie można pospacerować bez opędzania się od handlarzy. Tak było w stolicy i powtórzyło się w każdej mieścinie, do której później dotarłam. Chociaż w tych mniejszych miejscowościach poruszenie było jednak trochę większe, w końcu wielu turystów tam nie zagląda. A jak już się ktoś taki pojawi, to trzeba go odpowiednio zaanimować, zapytać po co przyjechał do „miejsca, w którym nic nie ma” albo chociaż dowiedzieć się skąd ten wariat przyjechał.

Ach, jakie widoki!

Jedziesz przez Armenię i co chwilę masz ochotę wysiadać, żeby zrobić zdjęcie? Ja tak miałam! Mijałam kaniony i przepiękne góry, a jak na złość od najlepszych widoków byłam oddzielona brudną szybką marszrutki lub elektriczki. Na szczęście zawsze siedziałam przy oknie, a stan dróg nie pozwalał mi nawet na sekundę snu, więc wszystko zostało w mojej pamięci. Za to aparat nie zarejestrował nic.

Radzieckie auta. Wszędzie.

Auta w Armenii są piękne! Tylko trochę… stare. Ale trafiają się takie modele, którymi nie pogardziłby największy fan motoryzacji! Jeżeli powiem, że każdy w Armenii jeździ Ładą, to chyba bardzo się nie pomylę, bo te widać wszędzie. Co prawda Łady te zazwyczaj ledwo jeżdżą i często spotkać je można zmodyfikowane do granic możliwości, ale Łada zawsze pozostanie niezniszczalną Ładą. Skoro już profesjonalnie rzucam markami, to jeszcze kilka moich ulubionych: Pawłowskij awtobus znany jako PAZ, czyli autobus ze zdjęcia głównego. Takim przyjechałam z Wanadzor do Alaverdi i było to dosyć niezapomniane przeżycie. Szczególnie, że odpalenie go trwało jakieś 10 minut, cały wyłożony był dywanami, a przy zamkniętych oknach wiało jak w cabrio. ZIŁ – ciężarówka, którą bardzo chciałam się przejechać na stopa, ale niestety nie miałam tyle szczęścia. I na koniec król KamAZ, czyli auto z mojego dzieciństwa, którym tato Muszyński jeździł w kopalni, a ja zawsze zakradałam się, żeby jeździć razem z nim.

Resztki samochodów. Wszędzie.

Jako, że auta stare, to i naprawiać się ich nie opłaca. A jeżeli się nie opłaca, to zwyczajnie się je porzuca. W ogródku, na polu, przy drodze, pod kościołem. Zardzewiałe wraki powoli wrastają w ziemię i krajobraz okolicy. Nikt się nimi nie przejmuje – poza turystami, rzecz jasna.

Armenia

Erywań w jeden dzień? Pewnie! Pod warunkiem, że nie będziesz jadać w restauracjach!

Niestety obsługa klienta bardzo często w Armenii leży i kwiczy. Można czekać 45 minut na przyjęcie zamówienia, kolejne 45 na zamówioną potrawę i na koniec jeszcze 45 minut na herbatę. Więc tak, można zobaczyć całą stolicę w jeden dzień, ale tylko wtedy, jeżeli przywieziesz zapas konserw i kabanosów z Polski. Sprawdzone info!

Miasta opuszczone przez Boga.

Podczas, gdy wszyscy inni zapewne zaliczali kolejne słynne monastyry, ja pojechałam na północ. Zobaczyłam Giumri, które w 1988 roku zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi. Ślady po tej tragedii widać do dzisiaj, a samo miasto dzieli się obecnie na dwie części – kamienice przy głównych drogach oraz dzielnice niskich baraków, które ukryte są gdzieś na tyłach. To musiało być piękne miasto. Po Giumri dotarłam do trzeciego największego miasta Armenii – Wanadzor. Wyobraż sobie dolinę, którą prawie w całości zajmują fabryki. Działające, w całkowitej ruinie lub tajemnicze radzieckie twory. Widzisz wielkie kominy i kontrukcje, których nie potrafisz zidentyfikować. I już, to cały Wanadzor. Miasto przepięknie położone, otoczone ośnieżonymi szczytami gór, w którym jednak największą atrakcję stanowią maszyny i ruiny. Alaverdi i Sanahin to kolejne twory, które dziwią. Dziwią tym bardziej, że ciężko o piękniejszą lokalizację. Widocznie kanion przeznaczono do wyższych celów niż jakieś tam zwiedzanie czy wypoczynek.

Erywań

Jedzenie to die for <3

Jesteś na diecie? Nie jedź na Kaukaz! Chociaż mi (wyjątkowo) udało się nie przytyć. Jednak muszę przyznać, że ciężko się było od jedzenia powstrzymać, a dodatkowo należało kontrolować ilość zrobionych kilometrów, żeby spalić to, co się zjadło i żeby nie zostawić żadnej nadwyżki kalorii. Jeżeli ktoś mnie kiedyś zapyta o ormiańską kuchnię, to będę się rozpływać nad gołąbkami (tolma), cieniutkim lawaszem, bakłażanami z orzechową pastą, fasolowym lobiani, pastą mutabal i moimi pierwszymi w życiu chinkali, które do tej pory wspominam patrząc na plamy na spodniach. Mmmm…

Czekając na Ararat…

Widziałam go tylko przez chwilę, przez szybę nocnego pociągu jadącego z Tbilisi. Gdyby pan prowadnik nie przyszedł mnie wyciągnąć z łóżka, mógłby mnie ten widok ominąć. Niby Ararat widziałam, ale w niezbyt zadowalającym stopniu. Chciałam więcej! I jaki to był dla mnie stres przez 3 dni pobytu w Erywaniu! I te ciągłe wątpliwości: Czy jeszcze się objawi? Czy uda mi sie zrobić idealne instagramowe zdjęcie? Nie udało się, chociaż spotkaliśmy się jeszcze dwukrotnie. Raz na chwilę w drodze z Garni, a później wspólnie podróżowaliśmy elektriczką do Giumri. Dużo gór nie widziałam, ale Ararat jest cudowny. I warto poczekać aż wynurzy się zza mgły i chmur.

Armenia

Na prawo monastyr, na lewo monastyr

Monastyry na szczytach, w dolinach, wykute w skale, porośnięte trawą, na liście UNESCO. I choć wielu powie, że „eeee, wszystkie wyglądają tak samo”, to ja nigdy się z tym nie zgodzę i dzielnie zaliczać będę wszystkie wschodnie kościółki. Tak, Armenia to monastyry. Bardzo stare monastyry powiązane z najstarszymi ormiańskimi tradycjami. Nie omijaj żadnego, bo sama próba dotarcia do nich będzie ciekawym przeżyciem. W moim osobistym rankingu pierwsze miejsce zajmuje Sanahin, a drugie klasztor Geghard.

Marszrutki, autobusy i dziurawe drogi

Uwielbiam lokalne środki transportu i nie zamieniłabym ich na nic innego! To nic, że rozklekotane i ledwo jeżdżące, to nic, że nigdy nie odjeżdżają o czasie, bo czekają aż uzbiera się komplet pasażerów. Nie przeszkadza mi to, że nie są zbyt czyste i handluje się w nich szczypiorkiem, albo to, że od czasu do czasu trzeba stać, a jak szalony kierowca wjedzie w dziurę to uderza się z całej siły głową w sufit. Marszrutki i autobusy w Armenii to wehikuły czasu. A lokalne drogi? Są lepsze i gorsze. Ja trafiałam tylko na te gorsze, które powodowały u mnie wymioty i nerwowe ściskanie siedzenia. Na trasie były również ekscytujące momenty warte wspomnienia: nieoświetlone tunele z radzieckimi płaskorzeźbami oraz wyprzedzanie na trzeciego szóstego. A cena wręcz zachęca do podróży! Zachęcam i ja.

Armenia

Czterech sąsiadów, dwóch na czarnej liście

Informacyjnie, bo chodzą słuchy, że nie wszyscy o tym wiedzą: Armenia graniczy z Gruzją, Azerbejdżanem, Iranem oraz Turcją. ALE tylko dwie granice są czynne/używane/otwarte! Więc jak już zasiądziesz nad mapą i zaczniesz wyznaczać trasy z Turcji do Azerbejdżanu (lub na odwrót) na skróty przez Armenię, to pomyśl dwa razy, bo może ci się to nie udać. A dlaczego tak? Po pierwsze ludobójstwo Ormian z 1915 roku dokonane przez Turków, po drugie zarówno Armenia, jak i Azerbejdżan walczą o Górski Karabach, po trzecie Turcja kocha Azerbejdżan, więc solidarnie Armenia jest ble.

Bezpiecznie na maksa!

Poza Erywaniem z Kami i Zofią resztę czasu spędziłam sama. Bez znajomości języka ormiańskiego, bez znajomości rosyjskiego, za to z bardzo rozwiniętym kombinatorstwem, słowotwórstwem, gestykulacją i uśmiechem na twarzy. To nic, że wszyscy się ze mnie śmiali, bo najważniejsze jest to, że swój cel zawsze osiągałam. Udawało mi się dogadać z każdym. Czasami ktoś wpychał mnie do odpowiedniej marszrutki i mówił kierowcy gdzie mnie wysadzić, czasami jakaś pani wybiegała za mną ze sklepu, żeby skierować mnie w dobrą stronę, czasami ktoś gdzieś mnie podwoził, dawał kanapkę czy zwyczajnie zagadywał, bo byłam jedynym cudzokrajowcem w okolicy. Chodziłam sama wieczorami, zdarzyło się złapać stopa, zaprzyjaźniłam się z panem pogranicznikiem i nie przypominam sobie ani jednego momentu, w którym miałabym powody do obaw. No, poza tym kiedy (na własne życzenie) pogoniły mnie psy. Ormianie są przemili, a Armenia jest dla mnie jednym z najbezpieczniejszych miejsc.

Biedna i dzika ta Armenia, ale tak inna niż wszystkie kraje, które widziałam, że aż chce się do niej wracać. I wrócę! Już spisuję miejsca, do których pojadę następnym razem.
Podobał Ci się ten wpis? Będzie mi bardzo miło jeżeli podzielisz się nim z innymi lub zostawisz komentarz.
A poza tym:
    ⋅ Przeczytaj resztę wpisów z Armenii. Kliknij tutaj!
    ⋅ Zapisz się na newsletter, w którym będziesz otrzymywać najnowsze wpisy i inne informacje. Szczegóły tutaj!
    ⋅ Śledź fanpage bloga na Facebook’u – to tam znajdziesz bieżące informacje i zdjęcia z podróży. Klik!
    ⋅ Masz pytanie? Pisz na adres paulina@muchawsieci.com
Dziękuję za odwiedziny! I do zobaczenia!

0